Stampa Stampa

Ekspansja islamu

Jihad, obiettivo Europa (Roberto de Mattei, Nasz Dziennik, 27 wrzesień 2014)

Zchód na nowo odkrył w ostatnich miesiącach istnienie problemu o nazwie islam. Nawet ojciec włoskiego progresizmu Eugenio Scalfari zatrwożył się i napisał, że wojna, którą Zachód ma przed sobą, „jest wojną religijną i wojną przeciwstawnych kultur”.
Podobnie jak we wszystkich wojnach, tak i teraz zwycięży silniejszy, ale tak jak uczą wszyscy stratedzy, siła walczącego ma charakter przede wszystkim psychologiczny i moralny, dalej dopiero liczy się wymiar materialny. Ta siła rodzi się z miłości do sprawy, o którą się walczy, i z nienawiści do wroga. Po ludzku rzecz ujmując, Zachód skazany jest dziś na przegraną, ponieważ jego podstawowym wrogiem jest jego własna tożsamość. Nienawiści wobec chrześcijańskiego dziedzictwa towarzyszy miłość albo przynajmniej ślepy pociąg do własnego wroga przedstawianego jako wyzwoliciel.

Któż nie pamięta entuzjazmu dla „arabskich wiosen” prezentowanych jako zapowiedź przejścia od islamu do demokracji? A przecież to, co się wydarzyło, było radykalną przemianą – by pozostać w wymiarze metaforycznym – „arabskiej wiosny” w islamistyczną zimę. Po obaleniu dyktatur Saddama i Kaddafiego nie nastała epoka wolności i praw człowieka, ale zapanował chaos, w którym dawnych despotów zastąpiły frakcje religijne i polityczne.

 

Europa w potrzasku

W Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie zniszczenie państw arabskich doprowadziło do krwawych starć między klanami i plemionami sunnickimi i szyickimi, arabskimi i kurdyjskimi. Skutki tej sytuacji odczuwają głównie chrześcijanie i kraje zachodnie. Od irackiej prowincji Anbar po Strefę Gazy, od Mali przez Libię aż po Synaj plemiona są nowymi realizatorami przesłania wojny dżihadu, którymi Al-Kaida zaskoczyła Nowy Jork i Waszyngton 11 września 2001 roku.

Na tle tej plemiennej rewolucji zrodziło się Islamskie Państwo Iraku i Lewantu (ISIS), ruch, który w przeciwieństwie do Al-Kaidy zajmuje określone terytorium, ma prawdziwe wojsko, dysponuje oficjalnymi środkami finansowymi, a przede wszystkim ma jasno wytyczony cel: odtworzenie kalifatu. Kogokolwiek dziwi ten twardy postulat, ktokolwiek uważa go za patologiczny, a nie fizjologiczny wyraz islamu, ten wykazuje znikomą znajomość religii Mahometa.

Ogólnoświatowy kalifat nie jest marzeniem fundamentalistów, ale celem całego islamu, tak jak od początku lat 90. ubiegłego wieku wyjaśniała to Bat Ye’or w swoich książkach: „Les Chrétientés d’Orient entre jihâd et dhimmitude: VIIe-XXe siècle” („Wspólnoty chrześcijańskie Wschodu między dżihadem a dhimmitude: VII-XX wiek”, 1991), „Eurabia. The Euroè-Arab Axis” („Eurabia. Euroarabska oś”, 2005), „Verso il califfato universale, Come l’Europa è diventata complice dell’espansionismo musulmano” („W stronę powszechnego kalifatu. Jak Europa stała się sprzymierzeńcem muzułmańskiego ekspansjonizmu”, 2009). Jeszcze groźniejsza od Islamskiego Państwa jest Organizacja Współpracy Islamskiej (OWI) zrzeszająca 57 państw i ponad miliard ludzi. OWI jest organizacją religijną i polityczną należącą do strefy wpływów Bractwa Muzułmańskiego.

Z Bractwem dzieli strategiczną i kulturową wizję ogólnoświatowej wspólnoty religijnej, ummah, zakorzenionej w Koranie, Sunnie i kanonicznej ortodoksji szariatu. OWI kontroluje politykę Europy za pomocą groźby terroryzmu oraz broni, jaką jest imigracja w połączeniu z demografią. Stosuje wobec niej ekonomiczny szantaż dzięki ropie naftowej. Zastawia na nią pułapki na płaszczyźnie religijnej, zachęcając do prozelityzmu i konwersji, podczas gdy głoszenie chrześcijaństwa (a nawet zwykłe praktykowanie go) pozostaje tematem tabu w wielu islamskich krajach.

 

Globalny dżihad

Prawdziwym problemem Zachodu okazuje się dziś nieznajomość doktryny i strategii islamu. Przykładowo, według Andrei Riccardiego, założyciela Wspólnoty św. Idziego i byłego ministra w rządzie Włoch, to, co obecnie się dzieje, jest konsekwencją wojny George’a W. Busha i Tony’ego Blaira w Iraku: „Rok 2003 był punktem zwrotnym dla irackiego i bliskowschodniego chrześcijaństwa, bez powrotu. Otwierał scenariusz XXI w.: totalitarny hiperfundamentalizm, kryzys potężnych państw, upowszechniająca się przemoc…”.

Zupełnie jakby przed 2003 r. nie było 11 września 2001 r. i jakby islamski terroryzm ograniczał się do irackiego terytorium, a nie szerzył się na świecie – od Uralu po Indonezję, od Stanów Zjednoczonych po serce Afryki. Carlo Panella, włoski specjalista od problematyki Bliskiego Wschodu, słusznie odpowiedział Riccardiemu: „Kalifat nie jest jakąś tam hecą wynikłą z działań Busha w 2003 roku. Nie ma też sensu podawać tej daty – tak jak ty to zrobiłeś – jako początku klęski chrześcijan. Dowód? Tysiące mil dalej, w Nigerii, gdzie Stany Zjednoczone nigdy się nie wtrącały, Boko Haram podąża tym samym torem śmierci – zadawanej głównie chrześcijanom – i wznosi hymny pochwalne ku czci swego czarnego kalifa”.

Z innej strony – zauważył Mauro Faverzani na łamach „Corrispondenza Romana” 3 września 2014 r., „kiedy lider Boko Haram Abubakar Shekau ustanowił ’kalifat’, na jego polecenie jego zwolennicy wywiesili czarne flagi rzekomego ’Państwa Islamskiego’ dowodzonego przez Abu Bakr al-Baghdadiego, by wskazać na ciągłość nie tylko strategiczną, lecz także ideologiczną z tym ugrupowaniem. Ale nie tylko oni nie posiadali się z radości. Cieszyli się również członkowie somalijskiej organizacji islamistycznej Al-Szabab, którzy ’odznaczyli się’ ścinaniem głów kenijskim chrześcijanom, a także milicjanci z Ruchu na Rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej MUJAO”. Jasne jest zatem, że chodzi tu nie o odosobnione wypadki, ale o sieć terroru.

26 listopada 2012 r., przemawiając na islamskim uniwersytecie w Al-Azhar, minister Andrea Riccardi przedstawił swoje „śródziemnomorskie marzenie” o „cywilizacji, w której możliwe byłoby współistnienie różnorodnych światów kulturowych, politycznych i religijnych”. Jednocześnie obwieścił, że „nieznajomość i nieprzyjaźń między Europejczykami a Arabami, między muzułmanami a chrześcijanami odeszły w przeszłość”. Ani jednego słowa o męczeństwie chrześcijan, jak choćby ks. abp. Paulosa Faraja Rahho, chaldejskiego arcybiskupa Mosulu (obrządku asyryjskokatolickiego) zamordowanego trzy lata wcześniej.

Wspomniany arcybiskup urodził się w 1942 r. w Mosulu i po odbyciu studiów na rzymskim Uniwersytecie Angelicum powrócił do swojej diecezji, gdzie realizował apostolską misję. W 2001 r. został mianowany arcybiskupem, biorąc na siebie odpowiedzialność za blisko 20 tys. chaldejskich katolików skupionych w dziesięciu parafiach. Arcybiskup Rahho był inicjatorem dialogu międzyreligijnego z islamem, ale kiedy zaprzestał płacenia okupu w zamian za bezpieczeństwo wspólnoty chrześcijan, 29 lutego 2008 r. został zamordowany, a dwa tygodnie później jego ciało odnaleziono w pobliżu Niniwy.

Wyszło wtedy na jaw, że wszyscy iraccy chrześcijanie musieli obowiązkowo opłacać swoje bezpieczeństwo zgodnie z prawem koranicznym (Koran, IX, 29). Przez lata ks. abp Rahho płacił rujnujący haracz islamskim terrorystom, by zagwarantować chrześcijanom prawo do życia. Ponieważ jednak wojsko amerykańskie wzmocniło bezpieczeństwo, ks. abp Rahho zadecydował o zaprzestaniu przekazywania pieniędzy. Tak właśnie wygląda „dhimmitude”, czyli status prawny niemuzułmanów w islamie. Proponowaną alternatywą jest albo przejście na islam, albo niewola, a dla tych, którzy się jej sprzeciwią – śmierć.

 

Polityczna ślepota 

Problem islamu jest zatem problemem nie irackim, ale globalnym. Konsekwencje amerykańskiej polityki są jednak widoczne, z tym że odpowiedzialność Baracka Obamy w tym zakresie jest poważniejsza niż Busha. Obama zapowiedział wycofanie wojsk amerykańskich zarówno z Afganistanu, jak i z Iraku, i faktycznie tę zapowiedź zrealizował, zanim jeszcze w obu tych państwach nastały warunki do demokratycznego udziału w życiu politycznym. Ale jeszcze donioślejszą manifestacją głupoty Obamy było wyeliminowanie Kaddafiego, którego reżim polityczny stanowił o równowadze w Afryce Północnej.

Zamordowanie amerykańskiego ambasadora Christophera Stevensa było konsekwencją tej nierozumnej polityki. Po Libii Obama dał kolejny dowód politycznego dyletantyzmu, tym razem w Egipcie. Najpierw poparł Mohammeda Mursiego, przedstawiciela Bractwa Muzułmańskiego, potem po zamachu stanu w 2013 r. przystosował się do reżimu al-Sisiego, nie rozumiejąc jednak przyczyn niechlubnego zakończenia „egipskiej wiosny”. Również odpowiedzialność za śmierć Jamesa Foleya częściowo spada na Obamę. Widok amerykańskiego dziennikarza klęczącego obok swojego kata na kilka chwil przed ścięciem mu głowy jest tragicznym, ale wymownym symbolem przegranej nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale całego Zachodu. Przegranej, która bez cudownej pomocy Bożej łaski jest bezpowrotnie przesądzona.

„Wszyscy pragnęlibyśmy wierzyć, że miejsce stracenia na pustyni jest jakąś makabryczną inscenizacją, spektaklem obłąkanej i ślepej przemocy” – napisał Giuliano Ferrara, redaktor „Il Foglio” – ale tak nie jest. To rozświetlone widowisko, które pozwala jaśnieć swojemu świetlistemu i jednocześnie oślepiającemu ogniowi. Wydaje się, że Foley był dobrym katolikiem, ale jego śmierć nie była śmiercią męczennika. W rzeczywistości Foley przed egzekucją nie proklamował swojej wiary, ale wypowiedział słowa wyrażające odrazę nie wobec własnej religii, ale wobec własnej ojczyzny i kultury.

„Chciałbym nie być Amerykaninem” – wyszeptał, odczytując wiadomość napisaną najprawdopodobniej przez jego prześladowców. „Wzywam moich przyjaciół, rodzinę i kochane osoby, aby powstali przeciwko moim prawdziwym zabójcom, rządowi USA, ponieważ to, co mnie spotka, jest rezultatem jego nonszalancji i zbrodni”. Słowa te zawierają w sobie prawdę, gdy odnoszą się do katastrofalnej polityki rządu amerykańskiego, ale są również aktem apostazji, o ile mają być wyrzeczeniem się tradycji i wartości chrześcijańskiego Zachodu, nieporównywalnie przewyższających te reprezentowane przez islam.

James Foley został zamordowany przez człowieka, który dokonał takiego samego aktu apostazji w sposób skrajny, tak jak czyni to dziś wielu młodych z Zachodu, którzy przechodzą na radykalny islam. Renzo Guolo, badacz islamu, napisał, że „brytyjski akcent kata Jima Foleya urzeczywistnia koszmar dla rządów i opinii publicznej Zachodu: koszmar wojny w domu. […] Koszmar, który nie dotyczy jedynie Stanów Zjednoczonych. W szeregach Państwa Islamskiego są tysiące młodych Europejczyków, muzułmanów drugiego pokolenia, obywateli i rezydentów państw Unii Europejskiej”. To nie tylko Brytyjczycy, ale także Francuzi, Niemcy, Skandynawowie, Belgowie, nie wspominając o Włochach. To właśnie jest dramat, przed którym stoimy i którego przyczyny i konsekwencje należy bezwzględnie zrozumieć.

 

Szturm na Rzym 

Latem 1683 r. islamskie wojsko oblegało Wiedeń. Dramatyczne nagranie wideo przedstawiające ścięcie głowy Foleya rozpowszechnione przez ISIS przypomina akt wypowiedzenia wojny doręczony cesarzowi Leopoldowi I Habsburgowi. Z typową dla islamu butą informowano cesarza: „Zamierzamy zbrojnie napaść twoją wioskę i ją stratować […]. Rozkazujemy ci oczekiwać nas w Wiedniu, byśmy tam mogli ci ściąć głowę, ty najnędzniejszy spośród stworzeń Bożych, tak nędzny jak tylko giaur (niewierny) być może”.

Dziś, podobnie jak wczoraj, islam ma globalny projekt podboju cywilizacji, którego ostatecznym celem nie jest Wiedeń czy Nowy Jork, ale Rzym, stolica chrześcijaństwa. W swoim przemówieniu z meczetu w Mosulu rozpowszechnionym na cały świat w piątek, 4 lipca, a więc na rozpoczęcie ramadanu, Abu Bakr al- Baghdadi – obecnie samozwańczy kalif Ibrahim – wezwał wszystkich muzułmanów, by do niego dołączyli: jeśli to uczynią – obiecał – islam dotrze aż po Rzym i opanuje kulę ziemską.

To samo zadeklarował szejk Jusuf al-Kardawi, duchowy przywódca Bractwa Muzułmańskiego, w fatwie wygłoszonej 27 lutego 2005 r.: „Pomimo pesymizmu w szeregach Muzułmanów ostatecznie islam obejmie władanie i będzie panem całego świata. Jednym ze znaków tego zwycięstwa będzie to, że Rzym zostanie podbity, Europa przejdzie pod okupację, chrześcijanie będą pokonani, a muzułmanów będzie przybywać i staną się potęgą, która obejmie kontrolę nad całym kontynentem europejskim”.

Rzym w dalszym ciągu jest sercem świata, najwyższym celem tego, kto nienawidzi cywilizacji chrześcijańskiej i jedynego źródła możliwego odrodzenia. I dlatego ma rację ten, kto twierdzi, że wojna ma charakter religijny. Ale jest jeden jedyny Bóg, jedna jedynie prawdziwa religia, tylko jedna wiara, o czym przypomniała Siostrze Łucji Matka Boża wieczorem 3 stycznia 1944 r., prosząc ją o rozpowszechnianie trzeciej tajemnicy fatimskiej. Łucja opowiada, że: „w przyspieszonym biciu serca i w duchu usłyszałam cichy głos, który mówił: ’Na te czasy tylko jedna wiara, tylko jeden chrzest, tylko jeden Kościół, Święty, Katolicki, Apostolski. Na wieczność Niebo!’.

To słowo ’Niebo’ wypełniło moje serce pokojem i szczęściem do takiego stopnia, że prawie nie zdając sobie z tego sprawy, powtarzałam przez długi czas: ’niebo’, ’niebo’”. Niebo zdobywa się na ziemi, walcząc w obronie swojej wiary i swojej kultury. A kiedy ludzie odpowiadają na Łaskę, na horyzoncie pojawia się jakiś Jan Sobieski, tak jak zdarzyło się to w Wiedniu 12 września 1683 roku.

Fonte: Nasz Dziennik

This entry was posted in Artykul, Italiano. Bookmark the permalink.